︎︎︎


Nasza historia






︎ Historia piwnicy Wołosiańskich


︎ Historia Sławy i Izydora Wołosiańskich





Linki:

wiadomosci.dziennik.pl
Tybetanka Sonam znalazła dom w Polsce
06.01.2009


pytanienasniadanie.tvp.pl
Polacy zaadoptowali córki z Tybetu
12.12.2013


arch.warszawa.pl
Rozmowy przy grillu u Zosi Klepackiej
10.08.2010

youtube.com
Tybet. Historie prawdziwe
06.12.2009

Zuzia miała 12 lat, Franek 4, gdy postanowiliśmy pomóc Chime – Tybetance poszukującej mieszkania w Polsce. Ona nie miała domu, my z kolei mieliśmy potrzebę pomagania.

Historia Chime jest niesamowita, jako 11-latka porzuciła swój rodzinny dom i uciekła przez Himalaje do Indii, gdzie poszła do szkoły. Ponieważ, nie uczyła się najlepiej, została z tej szkoły relegowana. Dla małej dziewczynki z Tybetu są w takiej sytuacji tylko dwa wyjścia – zostajesz prostytutką albo … krawcową.

I tutaj pojawił się kolejny problem – Chime nie potrafiła szyć. Z pomocą przyszedł jej wuj Ajamlama oraz Fundacja Sam Jub Ling, którzy na zaproszenie Zespołu Szkół Bednarska postanowili w ramach programu Multi-kulti sprowadzić ją do Polski.

W Polsce były już jej kuzynki Sonam i Lodroma, które przyjechały wcześniej również na zaproszenie Fundacji, wujka Ajama i szkoły. Jak jednak okazało się w czasie podróży – przyjazd do Polski bez paszportu nie był bynajmniej łatwym przedsięwzięciem. Chime miała przy sobie tylko wydany przez Rząd Indii dokument podróży dla uchodźców, który nie upoważnił do wejście na pokład linii FinnAir. W końcu jednak wyleciała.

Chime poznaliśmy 02 maja na Placu Unii Lubelskiej.

Przyszła na spotkanie z nami w towarzystwie swojego wujka oraz Donaty z Fundacji. Następne spotkanie było już u nas w domu, gdzie okazało się, że Fundacja Ajama szuka domu nie tylko dla osiemnastoletniej wówczas Chime, ale również o dwa lata młodszej Londromy i czternastoletniej Sonam. Dziewczyny miały już za sobą czas spędzony w Polsce, dlatego posługiwały się w małym stopniu językiem polskim. Chime mówiła tylko po tybetańsku, słabo po chińsku, o angielskim już nie wspominając.

Zaczynały się wakacje, podczas których postanowiliśmy się nimi zaopiekować. Dziewczyny stopniowo zaczęły zjednywać sobie kolejnych członków rodziny – od mojego taty zaczynając. Nie potrzebowaliśmy wiele czasu by zrozumieć, że dziewczynki powinny trzymać się razem. Zaczęliśmy od najmłodszej. We wrześniu Sonam zamieszkała z naszą Zuzią w pokoju. Nie było nam łatwo. Wiedzieliśmy, że brakuje nam doświadczenia, działaliśmy intuicyjnie. A to był dopiero wrzesień… Opiekunami Sonam byli zupełnie inni ludzie. Nie mieliśmy żadnych dokumentów i papierów, a w naszych głowach kotłowało się wciąż jedno pytanie – co dalej?




Kasia Skopiec w drodze do Ticy, miejsca urodzenia Sonam i Kandżu


Pani Donata w Fundacji podsunęła nam pomysł wyjazdu do Tybetu, gdzie mieliśmy poznać rodziców Sonam. Nie trzeba było nam tego dwa ray powtarzać. Niewiele się zastanawiając pojechaliśmy w trójkę do Tybetu. Wraz z naszymi wizami oraz chęcią przejęcia opieki, zabraliśmy ze sobą zdjęcia Sonam i Zuzi, cały plecak zabawek, list Sonam do rodziców i pierścionek mojej babci, który chcieliśmy podarować mamie Sonam, a także sporządzony jeszcze przed wyjazdem akt notarialny, w którym jej tata powierza nam swoje dziecko.




Kasia Skopiec z Babą, mamą Sonam i Kandżu, oraz ich bratem Dawasengiem (2008)


Po uzyskaniu papierów dla Sonam, zaczęło się nasze nowe życie z trójką dzieci. Zawsze, gdy okazywało się, że brakuje nam nart, rowerów lub ubrań znajdował się ktoś z chęcią pomocy. Marysia Kowalewska rozpoczęła akcję “wesołe wory”, a Ania Ambroziak pomagała ze sprzętem narciarskim i pięknymi ciuchami. Wszystko w końcu zaczęło się układać.





Idyllę przerwała śmierć chorującej na raka mamy Sonam. To właśnie wtedy  zakiełkowała w nas myśl o adopcji Kandżu – młodszej siostry Sonam. Nasza ówczesna sytuacja finansowa nie pozwalała nam na ten krok. Na szczęście znów na swojej drodze spotkaliśmy kolejnych dobrych ludzi. Krzysztof Sajnóg pomógł nam zrealizować podróż po Kandżu płacąc za jej bilet do Polski. Łatwo nie było, ja też nie zakochałam się w niej od razu, jednak nie potrzebowaliśmy wiele czasu, aby ta sytuacja uległa zmianie.



Kandżu with schoolmates


I tak rozpoczęliśmy kolejny rozdział naszej wspólnej podróży. Najpiękniejszej, jaką moglibyśmy sobie wyobrazić.




Sonam, Franek i Kandżu w 2014 roku.