︎︎︎


Wystawa Trzydzieści dziewięć – poświęcona historii Sławy i Izydora Wołosiańskich








2010/06/08

Małżeństwo Wołosiańskich, które od lat powojennych mieszkało we Wrocławiu, uratowało w czasie II wojny światowej 39 Żydów z Drohobycza.



O ich bohaterstwie opowiada wystawa w Domu im. Edyty Stein Trzydzieści dziewięć. Tę liczbę zapamiętają do końca życia. Tylu Żydów, w tym siedmioro dzieci, ukrywali w piwnicy swojego domu Jarosława i Izydor Wołosiańscy.

O ich bohaterstwie opowiada wystawa w Domu im. Edyty Stein Trzydzieści dziewięć. Tę liczbę zapamiętają do końca życia. Tylu Żydów, w tym siedmioro dzieci, ukrywali w piwnicy swojego domu Jarosława i Izydor Wołosiańscy. Przez dwa lata. Choć to graniczyło z cudem – wszyscy przeżyli

Bohaterzy już nie żyją. Izydor zmarł w 1971 roku, pani Sława – bo tak ją nazywali wszyscy – odeszła, dość niespodziewanie, w grudniu 2006 roku. – Jej odejście to był dla nas wielki szok. Ostatni raz była u mnie w Izraelu we wrześniu, na przyjęciu wnuczki – przeżywa Stella Stock, jedna z ocalonych przed zagładą. Ubolewa bardzo, że nie mogła być na pogrzebie Sławy. Była po operacji oka, lekarz nie pozwolił jej lecieć samolotem.


„Historia zatoczyła koło, pamięć pozostała”


W naszych sercach pozostanie na wieki – mówią jej bliscy, znajomi, przyjaciele. Są wśród nich ocaleni przed zagładą. Prokurator wojskowy Arie Natif, (którego słowa stały się mottem wystawy), Stella, jej siostra Mitka, Hadassa. Przez wiele lat przyjaźnili się ze Sławą. Dzwonili do niej, pisali, zapraszali do Izraela: na śluby, urodziny, bar micwę. W ich domach czekał na nią pokój z łazienką. Tepperowie i Milgromowie z Kanady pisali długie listy. – To nie był dług wdzięczności, za to, co zrobiła. Oni ją po prostu kochali, bo była wspaniałym człowiekiem i niezwykłą osobowością – podkreśla Urszula Włodarska, jej sąsiadka od 10 lat, która przyjaźniła się ze Sławą. Dzięki wystawie w Domu im. Edyty Stein we Wrocławiu, mogła opowiedzieć o niej młodym ludziom z Izraela, Polski i Niemiec. Słuchali wzruszeni.
Stella Stock jak tylko dowiedziała się o wystawie o Wołosiańskich, przyjechała do Wrocławia. Z córkami i wnuczkami. Chciała podzielić się wspomnieniami, potem w Warszawie odwiedzić córkę Sławy. W rozmowach wciąż powracają do tamtych ciężkich czasów.


Żydzi pod nogami, Niemcy nad głową


Drohobycz, 1941 rok. Po okupacji sowieckiej zajmują go Niemcy. Zakładają żydowskie getto, w którym przez rok mieszka niemal 10 tysięcy ludzi. Sława każdego dnia obserwuje dramat Żydów. Kiedyś widzi, jak Niemcy na głównym placu wieszają całą rodzinę. – Inni Żydzi popełniali samobójstwa. Ze strachu przed Niemcami pewna rodzina otruła się – wspomina pani Sława w wywiadzie telewizyjnym. Jej relacja o tym, co zrobili, trafiła do archiwum Stevena Spielberga i do muzeum Holocaustu w Nowym Jorku. Sława nie może zapomnieć widoku malutkiego dziecka, które Niemiec rzuca za nóżki na ciężarówkę. I matki z niemowlęciem przy piersiach, popychanej karabinami, żeby szybciej wdrapała się na samochód. Jarosława (z domu Skolska) z 11 lat starszym od niej Izydorem, inżynierem, którego poznała podczas okupacji, biorą ślub i zamieszkują na parterze w niedużym domu przy ul. Szaszkiewicza. Na pierwszym piętrze mieszka Niemiec, wojskowy, w piwnicy pod mieszkaniem Wołosiańskich – Żydzi. – To ojciec ich przyprowadzał. Po kolei. Większość to byli jego znajomi z pracy. Widział, co się dzieje i sam proponował im pomoc. To, że tylu ludzi udało im się uratować, to zasługa obojga rodziców – podkreśla stanowczo Anna Piłka, ich starsza córka. Pierwsi Żydzi trafili do piwnicy w 1942 roku. Specjalną skrytkę wybudował pod podłogą dla swojej rodziny parkieciarz Wolf Stock, ojciec Stelli, gdy zorientował się, co grozi im ze strony hitlerowców. Zamurował okienka w piwnicy. Doprowadził prąd, wodę, zrobił kanalizację. Wchodziło się do niej przez klapę w podłodze w kuchni. Była przykryta parkietem, tak, że nic nie było widać i otwierało się ją tylko od dołu. W schowku było nisko, dorosły człowiek nie mógł się tam wyprostować. Aby zmylić psy, z którymi patrole niemieckie chodziły po domach w poszukiwaniu ukrywających się Żydów, Sława posypywała klapę pieprzem. Mimo to życie ukrywających się wisiało na włosku. – Kiedyś niemal wpadliśmy. Pies tego Niemca, który mieszkał na górze, zaczął chodzić i węszyć wokół domu i okien. Musieliśmy jeszcze bardziej przysypać je ziemią – przypomina sobie Stella Stock. Na szczęście dla wszystkich, hitlerowiec czymś podpadł przełożonym i wkrótce został wysłany na wschodni front.


Życie pod podłogą


Wśród ukrywających się były osoby o różnym wykształceniu i zawodach. Lekarze, prawnicy, ale też robotnicy. Do tajnej kryjówki trafił m.in. doktor Leon Miszle, znany internista. Wkrótce dołączył do nich z rodziną brat doktora, laryngolog. Dzieci trzymano osobno, aby zbyt głośną zabawą nie zdradziły kryjówki. Wśród nich był kilkuletni Arie, z którym po latach pani Sława spotkała się w Izraelu i przyjaźniła do końca życia.
– Wszystko w piwnicy toczyło się na odwrót. Żyliśmy w nocy, spaliśmy w dzień. Mówiliśmy szeptem. Wszystko robiliśmy po cichutku. Nauczyłam się wtedy robić na drutach – opowiada pani Stella. Miała wtedy 8 lat, gdy wyszła z ukrycia – 10.
– Kiedyś robiliśmy na Wielkanoc likier jajeczny. Pani Sława dała nam jajka, wódkę, a my ucieraliśmy łyżkami – uśmiecha się. Sława robiła dla nich zakupy. Jeździła po mieście do różnych sklepów, aby nie wzbudzić podejrzeń, że kupuje tak dużo jedzenia. Wtedy urodziła pierwszą córkę Anię. Woziła ją w głębokim wózku, do którego kładła żywność. – Leżałam na stercie ziemniaków i kaszy. Mama zawsze powiadała: byłaś najbiedniejszym dzieckiem, bo nie miałaś materacyka – śmieje się pani Anna. Dodaje, że matka była stanowcza wobec Żydów. – Bogaci nie chcieli dawać pieniędzy na jedzenie dla biednych. A mama postanowiła, że mają się dzielić. Bo ona nie pozwoli biednym umrzeć z głodu.

Kilka razy omal nie wpadli. Było to wtedy, gdy jedna z kobiet urodziła w piwnicy dziecko i potrzebna jej była operacja. Polski lekarz w szpitalu stchórzył i kobieta słaniając się na nogach wróciła do domu przy Szaszkiewicza. Operacje zrobili w końcu żydowscy lekarze z piwnicy i kobieta przeżyła. Noworodka zabito, by krzykiem nie zdradził kryjówki.


Bali się, ale ratowali


O skrytce w piwnicy nie wiedział nikt. Nawet najbliższa rodzina Sławy. – Myśmy się trochę z rodzicami domyślali, że ukrywają Żydów, ale gdzie indziej, nigdy w domu – przyznaje Danuta Głębocka, młodsza siostra Sławy. O wszystkim dowiedziała się wtedy, gdy Sowieci w 1944 roku zdobyli Drohobycz i Żydzi postanowili opuścić kryjówkę. – Byłam wtedy u nich w domu, gdy zaczęli wychodzić z piwnicy. Wyglądali jak duchy: bladzi, zabiedzeni. Siedziałam zaszokowana – wspomina pani Danuta. Niektórzy Żydzi wyszli bez słowa, bez pożegnania. Nigdy się nie odezwali. Inni dziękowali za opiekę. Rozjechali się po świecie. Po latach Sława pojechała wraz z córką do Drohobycza. Towarzyszyła jej Stella Stock z córkami. – Bardzo chciały zobaczyć to miejsce. Wejście było już gdzie indziej, ale stała tam wciąż ta sama miska kuchenna. To zrobiło kolosalne wrażenie na moich córkach. Dla mnie też było to silne przeżycie. Kilka nocy potem nie spałam – przyznaje Stella. Córka Sławy wiele razy pytała ją, czy się nie bała ukrywać tych ludzi. – Mogła narazić na śmierć nie tylko siebie, ojca, ale i mnie. A ona mówiła, że nie pomagać im, to tak jakby wydać na nich wyrok. I, że skoro kara za ukrywanie jednego Żyda jest taka sama jak za wielu, to jaka to różnica? – wspomina pani Anna.


Sprawiedliwi po latach


Po wojnie, w 1945 roku, Wołosiańscy przyjechali do Wrocławia. Ona pracowała (przez 28 lat) w Instytucie Immunologii u prof. Hirszfelda. On był dyrektorem gazowni. W 1967 roku dostali z mężem medal „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Zabiegali o to sami ocaleni. Zasadzili za nich drzewko (chleb świętojański) z nr 112. Sława i Izydor nie dostali paszportów i nie pojechali do Izraela. Dopiero w 1984 roku Sława odebrała medal i spotkała się z ocalonymi, m.in. z Hadassą Wygodny, rodziną Stock, z pułkownikiem Arie Natifem. Powitali ją bardzo uroczyście, z orkiestrą wojskową. Arie pierwszy raz od tamtego czasu mówił po polsku. O tym, co zrobili Wołosiańscy, ich córka Ania dowiedziała się dopiero, gdy miała 18 lat.

– Powiedziała mi Hela Frey, przyjaciółka mamy, jedna z ocalonych, gdy byłyśmy w Zakopanem. Nie przyznałam się rodzicom, że o tym wiem. Dla ojca to było straszne przeżycie, trauma, ale dla mamy chyba nie, bo to była bardzo silna i odważna kobieta. Inna by tego nie dokonała – uważa pani Anna. Tak ją zapamiętali wszyscy: dzieci, wnuczki, przyjaciele z kraju i Izraela, sąsiedzi. – Wspaniała osoba. Kochała życie, ludzi. Dusza towarzystwa. Miała niezwykłą charyzmę. Stale ciekawa świata. Dopóki wzrok jej pozwolił, dużo czytała. Rozwiązywała krzyżówki, sudoku. Znała na pamięć tablicę Mendelejewa i stolice wszystkich stanów USA. No i uwielbiała brydża – wylicza Ula Włodarska, jej najbliższa sąsiadka. Rodzina nie od razu dowiedziała się o czynach Sławy i jej męża. – Nie chwaliła się tym. Nie lubiła o tym mówić nam, już prędzej obcym – twierdzi jej wnuczka Natasza.

– I była prawdziwą damą. Zawsze zadbana, uczesana, uwielbiała przyrodę. Zawsze w domu miała świeże kwiaty. Nigdy nie narzekała, że coś ją boli. Gdy przyszedł kiedyś do niej lekarz, zamiast o chorobach wolała rozmawiać o ukochanej muzyce klasycznej – dodaje jej sąsiadka. Sława miała też niezwykłe poczucie humoru. Gdy zbudziła się po operacji, lekarz ją spytał, czego by się napiła. Odpowiedziała, że najchętniej …. metaksy.